mamy pacjenta zdrowe m40... chodzi ok...
po czy strzelił przewód od hebli na tył... auto wylądowału mnie na wasztacie wyminilem co trzeba heble ok...
chce sie przejechać auto ni wała po łykendzie postoju w ciepłym pomieszczeniu niechce zagadać... kręci silnikiem ale zero efektu... przetrzepany cały zapłonm paliwo dolo itp... podmieniane przepływkim krokowce czuniki i dalej to samo...
auto z przypadku wziolem na szunurek (kiedyś udało mi sie odpalić e39 m52b28 w ten sposob) i nic nic ... wkoncu moje m40 pali... z dźwięku chodzi jakbym na góra dwa cylindry ale chodzi... na pedał gazu\max otwartą przpustnice zero reakcji poprostu sobie pyka i ledwo co wolne trzyma... ZOSTAWILEM ją na jakies 10-15min odpaloną bez nadziei (z przepustnicą otwartą na max) i po jakś wlasnie 15minutach slysze (z zza ściany bo mialem inna robota a ona stała na podwórku w nadziei że sie [przepali]) że wkręca sie powli na obroty ale naprawde co kilka minut kilkaset obrotow wiecej szło... wkoncu przychodze pod mache czekam jeszcze ze dwie minuty wkoncu slysze że zaczyna krecic sie normalnie i reagować na gaz... coprawda piersze gazowanie z niebieskim dymem (jakby za bogato i ten swąt paliwa) a potem nagle auto zaczyna chodzić jak igła... idealnie i juz kilka dni jest ok...
i tutaj pytanie ktos wie co to moglo być
z czystej ciekawości pytam...
filtry OK, świece kable OK... przepływka, krokowiec OK, wiec wszystko co podstawowe do życia miala... a dopiero na sznurek zagadala i po jakims czasie żyła ocb
Kto oświeci bo ja niemam pomysłu 

przewodach jest czujnik 1 z 2 (taki okrągła opaska na przewodzie) był nadpęknięty a na rozdzielaczu palca zapłonu nadwęglone wymieniłem i puki co oki